Przelewy do Polski 4.7500 0.00% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 4.8990 0.08% 

Przelewy do Polski 4.7500 0.00% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 4.8990 0.08% 

Gig economy – elastyczność czyli wyzysk najsłabszych

Coraz bardziej nabrzmiewa problem osób zatrudnionych przez wielkie firmy usługowe na zasadzie tzw. samozatrudnienia. Mnożą się procesy sądowe, temat ten coraz częściej jest roztrząsany przez media, placówki badawcze przedstawiają kolejne raporty. W końcu musiał się nad tym pochylić rząd i Parlament. Przedstawiane są już pierwsze projekty regulacji.

W styczniu br. 29-letnia Maggie Dewhurst, „samozatrudniona” w firmie kurierskiej City Sprint, wygrała proces przed sądem pracy założony przeciwko jej pracodawcy. Sąd orzekł, że praktyka świadczenia pracy (rozwożenie paczek na rowerze) nie jest zgodna z tym, co jest zapisane w umowie, i w związku z tym jest ona faktycznie „pracownikiem” firmy a nie wykonawcą umowy w rodzaju, na przykład, rzemieślnika wynajętego przez kogoś do naprawy dachu na swoim domu. Stąd jest uprawniona do niektórych świadczeń pracowniczych. Umowę jaką Maggie Dewhurst podpisała z City Sprint, sędzia określiła jako „pokrętną, niezrozumiałą i umyślnie wprowadzającą w błąd”.

W bieżącym miesiącu sąd apelacyjny odrzucił apelację firmy Pimlico Plumber przeciwko wyrokowi sądu pracy z 2012 r., który wówczas orzekł, że 54-letni hydraulik Gary Smith został niesłusznie zwolniony po 6 latach pracy w 2011 r., po tym jak doznał ataku serca. Pimlico Plumbers próbowała wykazać, że Gary Smith pracował jako „niezależny rzemieślnik”, ale sąd orzekł, że faktycznie był pracownikiem i z tego tytułu jest uprawniony do pewnych pracowniczych świadczeń.

Pokrętne umowy

Jesienią ubiegłego roku amerykański, potężny Uber, przegrał w Londynie proces wytoczony przez dwu byłych kierowców. W uzasadnieniu sąd podał, że na zdrowy rozum Uber jest firmą transportową, a nie - jak utrzymuje - jedynie internetowa platformą, która umożliwia kontaktowanie się ze sobą potencjalnych pasażerów z potencjalnymi przewoźnikami. Stąd kierowcy mogą się domagać pracowniczych świadczeń. Te wyroki stanowią precedensy, które otwierają drogę dalszemu orzecznictwu. W kolejce czekają dalsze pozwy „samozatrudnionych” przeciw ich chlebodawcom. Wymusi to zapewne nowe legislacyjne regulacje. Rząd zamówił raport w tej sprawie, który ma być gotowy na wiosnę.

Omawiana rzecz jest częścią zjawiska nazwanego gig economy. Słowo „gig” w tym kontekście można przetłumaczyć jako polskie „chałtura” lub „fucha”. Pochodzi od żargonu muzyków starających się o zlecenia na występy. Pojęciem gig economy określa się najogólniej stosunek pracy, w którym pracodawcę i pracobiorcę łączy nie klasyczna umowa o pracę, ale coś w rodzaju umowy o dzieło. Jest to oczywiście nic nowego w historii gospodarki i obejmuje bardzo szeroką gamę zajęć i zawodów. Mieszczą się w tym nie tylko muzycy, ale także zarabiający setki tysięcy menadżerowie, którzy podpisują czasowe kontrakty, a także specjaliści wynajmowani do wykonania za duże pieniądze specjalnych zadań.

Najgorsza forma zatrudnienia

Tu jest jednak mowa o szybko rosnącej rzeszy „samozatrudniających” się ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z wyżej wymienionymi kategoriami, ale wykonują prace w rodzaju Maggie Dewhurst, jednej z tysięcy rowerowych kurierów przemierzających ulice miast z przesyłkami w plecaku. Firmy kurierskie, podobnie jak Uber, rekrutując ludzi reklamują to zajęcie jako „dorabianie w elastycznych godzinach pracy i wybranym wymiarze czasu”. Słowem „pracuj ile chcesz i kiedy chcesz”.

Według urzędowych statystyk w zanotowanym od 2010 r. wzroście zatrudnienia o 2,6 mln osób, jednia trzecia to właśnie samozatrudnieni, a więc to właśnie dzięki nim Wielka Brytania ma obecnie rekordowo niskie bezrobocie. To nieco osłabia rządowe przechwałki o sukcesie na rynku pracy, ponieważ okazało się lwia część „samozatrudnionych” wybrała tę formę nie z wyboru, ale z konieczności i, co gorzej, ta forma okazuje się być najgorszą forma zatrudnienia, gorszą od zerogodzinowych umów i od zatrudnienia przez agencje pracy. Znamy to także w Polsce.

Handel on-line motorem samozatrudnienia

Ten przyrost jest głównie rezultatem rozwoju handlu on-line. Wielkie sieci handlowe coraz większą część sprzedaży prowadzą przez bezpośrednie dostawy do klientów, postępuje proces zastępowania dawnych ekspedientów przez armię mobilnych dostarczycieli. Jeśli sieci handlowe nie robią to same, to posługują się firmami kurierskimi, takimi jak City Sprint, Hermes, Deliveroo i innymi.

Kluczowe znaczenie ma to, że osoba o statusie samozatrudnienia, jeśli pracuje u kogoś lub prowadzi własny biznes, to po pierwsze, nie otrzymuje wynagrodzenia w systemie podatkowym Pay As You Earn, w którym pracodawca potrąca mu automatyczne podatek, ale musi się rozliczać sama. Po drugie, samozatrudnieni nie posiadają normalnych uprawnień pracowniczych, w tym do minimalnej płacy (obecnie £7.20 za godzinę), płatnych urlopów i chorobowego. W odróżnieniu od normalnych pracowników pracodawca nie dopłaca im połowy składki emerytalnej. Wreszcie nie podlegają ustawowej ochronie przed niesłusznym zwolnieniem, w tym oczywiście nie przysługuje im odprawa w razie zwolnienia z powodów ekonomicznych, ponieważ w systemie samozatrudnienia nie może być mowy o „zwolnieniu”.

Jak w XIX wieku

Te wszystkie braki miały im zrekompensować wyższe wynagrodzenia niż w wypadku klasycznych umów pracowniczych oraz ta reklamowana elastyczność, to jest swoboda w kształtowaniu własnego czasu. W praktyce rzeczywistość okazała się daleka od rekrutacyjnej reklamy. W stosunku do wielu „samozatrudnionych” należy właśnie używać cudzysłowu, ponieważ ich sposób zarabiania na życie ma niewiele wspólnego z samodzielnością, wolnym wyborem i elastycznością. Wręcz przeciwnie, ich status kojarzy się raczej z sytuacją robotników w czasach rewolucji przemysłowej, kiedy co rana przed bramą czekał tłum chętnych, a kto już znalazł się w środku, to mógł w każdej chwili być po byle powodem wyrzuconym na bruk. Firmy te stały się ostoją dla ludzi, którzy sobie najgorzej radzą na rynku pracy.

Elastyczność tylko po jednej stronie

„Wild West Workplace”, czyli Dziki Zachód w miejscu pracy - tak właśnie nazwali swój opublikowany zeszłej jesieni raport Frank Field i Andrew Forsey, którzy przebadali warunki panujące w firmie Hermes, która zatrudnia dziesięć i pół tysiąca kurierów. Autorzy dowiedli, że „elastyczność” jest tylko po stronie pracodawcy, natomiast po stronie pracobiorców dochodzi często do skrajnego uzależnienia, wynikającego stąd, że ci ludzie nie mają żadnych gwarancji płacowych, ani bezpieczeństwa samego zatrudnienia; mogą zostać od ręki zwolnieni. To właśnie uzależnienie od pracodawcy było głównym powodem, dla którego sądy pracy rozstrzygały na korzyść powodów.

Wymowa raportu kojarzy z pracą Fryderyka Engelsa „Położenie klasy robotniczej w Anglii”. Autorzy raportu uszeregowali w punktach główne powody złej sytuacji:

  • Nieadekwatne stawki płacowe, w następstwie których niektórzy kurierzy popadali w gorsze położenie, niż byliby bezrobotni.
  • Niehumanitarne traktowanie kurierów, np. odmowa przyznania wolnego dnia, pod groźbą zwolnienia, na odwiedzenie chorego dziecka w szpitalu.
  • Wielka szara strefa w interpretacji wewnętrznych regulacji, arbitralność podejmowanych przez menadżerów decyzji.
  • Zagmatwany, niejasny i zmienny sposób kalkulowania zarobków.
  • Nieustanna groźba zwolnienia, natychmiastowego i bez prawa do odwołania.

W zamieszczonych na końcu raportu rekomendacjach autorzy postulują poprawę sytuacji tej kategorii pracowników przez wprowadzenie „minimalnego standardu obejmującego gwarancje wysokości zarobków, uczciwego traktowania oraz bezpieczeństwa zatrudnienia”.

 

Opracowanie: Marian Skwara, England.pl, 27.02.2017

 

 

 

 

 Aktualności 

Orientacyjny kurs dla transakcji
powyżej 10 000 GBP

Do Polski4.8100 

Do W. Brytanii4.8650 

Negocjacje możliwe już
od 2000 GBP


Kontakt do Dealera 

GG_logo