Przelewy do Polski 5.2600 0.19% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3990 0.19% 

Przelewy do Polski 5.2600 0.19% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3990 0.19% 

Brytyjskie miasta – publiczne czy prywatne?

 

Coraz częściej w ostatnich latach mamy do czynienia ze zjawiskiem przejmowania przestrzeni miejskiej przez korporacje, które rządzą się na danym terenie własnymi prawami. Powoduje to nieuniknione spięcia z mieszkańcami, którzy przestają się czuć „jak u siebie”. Fenomen ten jest zwłaszcza widoczny w stolicy Wielkiej Brytanii i dlatego tam właśnie aktywni stali się krytycy rozwiązań urbanistycznych, które według nich przedkładają biznes nad dobro wspólne danej społeczności. Jakie są ich argumenty i jak przed zarzutami bronią się ich przeciwnicy?

Uwaga, własność prywatna

Przypadków dużych terenów urbanistycznych wykupionych przez korporacje nie brakuje. Do tego stopnia, że czasem trudno wręcz zorientować się, do kogo należy chodnik, po którym stąpamy. Często podawanym przykładem privately owned public space jest Granary Square w Londynie, opatrzony tablicą z napisem "Please enjoy this private estate considerately", który dopiero pozwala się zorientować w sytuacji własnościowej obszaru. Innym miejscem o takim charakterze jest Liverpool One będący w posiadaniu rodziny książęcej Grosvenor, brytyjskich magnatów nieruchomości, a także Brindleyplace w Birmingham, stanowiące wspólną własność spółek Hines i Moorfield. Prywatna przebudowa, niegdyś tradycyjnie posiadanych przez miasto terenów, jest zjawiskiem szybko rozwijającym się w ostatnich dekadach. To już nie tylko centra handlowe i rozrywkowe, ale również place, skwery i parki, które dla przypadkowego przechodnia do złudzenia przypominać będą zwykłe części miasta. Dla dużych powierzchni miejskich, które wymagają modernizacji taka forma przekształcenia własności wydaje się w dzisiejszych czasach idealnym rozwiązaniem, a wręcz koniecznością wobec trudnej sytuacji budżetów miast, które wciąż wydają się zbyt małe. Czy jednak wspólna radość samorządów, które pozbyły się problemu i spółek, który zyskały atrakcyjne miejsce pod inwestycję wystarczy? Czy takie rozwiązanie satysfakcjonuje wszystkich i czy okoliczni mieszkańcy nie powinni mieć w tej sprawie możliwości wyrażenia swojego głosu?

Przywileje nie dla każdego

Oprócz niewątpliwych korzyści w postaci sklepów, miejsc pracy czy po prostu estetycznie zagospodarowanego terenu, rozwiązanie to niesie ze sobą pewne ryzyko, co podkreślają jego zagorzali krytycy. Właściciel może po prostu zamknąć na pewnym etapie teren, chociażby z powodu niemożności utrzymania go w należytym stanie, co będzie wiązało się z dużymi utrudnieniami dla społeczności. Także przy projektowaniu przyszłych rozwiązań architektonicznych interes dużej korporacji zawsze będzie stawiany na pierwszym miejscu, przed dobrem lokalnych mieszkańców. Miejsca takie pozostają z reguły pod kontrolą służb ochroniarskich, które podlegają własnym regulaminom, co może wiązać się z różnego rodzaju zakazami. Na przykład na niektórych odcinkach nadbrzeża spacerowego Tamizy nie wolno robić zdjęć, o czym przekonał się już niejeden zaskoczony londyński turysta. Również podczas obchodów diamentowego jubileuszu królowej, dostęp do wielu ulic wzdłuż największej rzeki stolicy oraz do mostów, skąd widoczność była najlepsza, był ograniczony do tych osób, które posiadały specjalne przepustki, co egzekwowali prywatni strażnicy. Ci, którzy chcieli zobaczyć obchody urodzin Elżbiety II i stali w dużym ścisku na dostępnych dla publiczności mostach Lambeth, Westminster i Blackfriars, na pewno nie byli dobrego zdania o zastosowanym rozwiązaniu.

Lepiej robić coś niż nic

Przedstawiciele firm developerskich argumentują w swojej obronie, że tworzą nową przestrzeń użytkową w miejscach, które wcześniej pozostawały niezagospodarowanymi bądź niszczejącymi terenami. Tak właśnie było w przypadku londyńskiego Parku Olimpijskiego, który był post-przemysłowym śmietnikiem, niedostępnym dla osób postronnych, z ziemią skażoną odpadkami i porzuconymi sprzętami, a także z nisko zawieszoną siecią elektryczną, która dodatkowo uniemożliwiała jakiekolwiek inwestycje. Korporacja, która zbudowała tu kilka lat temu infrastrukturę sportową, zamierza teraz zamienić ten teren w „nową część miasta”, budując domy i bloki mieszkalne. Jej przedstawiciele nie bez racji chyba więc twierdzą, że posądzanie ich o zawłaszczanie przestrzeni publicznej jest zbyt daleko idącym oskarżeniem. Jest tak tym bardziej, że inwestycja ma stworzyć blisko 8 tysięcy miejsc pracy i być docelowo miejscem zamieszkania dla tysięcy osób. Podobne aspiracje mają projektodawcy tzw. Nine Elms, czyli nowych odcinków rozbudowanej trasy spacerowej na południowym brzegu Tamizy. Obiecują oni powstanie parku biegnącego równolegle do ścieżki, a także ogólnodostępnych placów, dróg rowerowych i przestrzeni rekreacyjnych, które uczynią to miejsce przyjaznym środowiskiem dla każdego mieszkańca, zwłaszcza dla dzieci.

Inwestor + miasto – kontra obywatel?

Z drugiej strony sporu znajdują się jednak działacze takich organizacji jak między innymi Occupy, którzy podważają ten optymistyczny obraz nakreślony przez rzeczników działań korporacyjnych. Twierdzą oni, że projekty te pozbawiają lokalną społeczność jej prawdziwego środowiska i charakteru i narzucają zuniformizowany i nijaki styl krajobrazowi miejskiemu. Ci, których martwi powolne, acz konsekwentne przekształcanie brytyjskich miast w zarysowanym powyżej kierunku twierdzą wręcz, że jest to niezdrowy trend, który sięga korzeniami głębiej, niż mogłoby się wydawać. Uważają, że jest to skutek kultury marnotrawstwa, która nakazuje na pewnym etapie porzucić dany teren, po to, by po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach niszczenia z triumfem oddać go w ręce prywatnych inwestorów i obwieścić re-deweloperski sukces. Obie strony wydają się być dziś niepogodzone, ale dość znamienny jest też fakt, że władze miasta z reguły stoją po stronie korporacji. Tak więc obecna kampania pod hasłami: public space intervention i mass tresspas, organizowana na rzecz zachowania miast dla ich mieszkańców, może jeszcze potrwać długo. Jednak jej przejawów nie zobaczymy w będącej przedmiotem sporu przestrzeni publiczno-prywatnej, bo tam organizowanie demonstracji i zbieranie podpisów pod listami protestacyjnymi jest zakazane.

 

Opracowanie: Małgorzata Solińska, England.pl, 18.02.2016

 

 

 

 

Aktualności 

Orientacyjny kurs dla transakcji
powyżej 10 000 GBP

Do Polski5.3200 

Do W. Brytanii5.3590 

Negocjacje możliwe już
od 2000 GBP


Kontakt do Dealera