Przelewy do Polski 5.2600 0.00% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3950 -0.07% 

Przelewy do Polski 5.2600 0.00% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3950 -0.07% 

Elektrownia jądrowa w Hinkley Point pod znakiem zapytania

Nowy rząd, nowe spojrzenie. Gabinet Theresy May niespodziewanie odłożył do jesieni decyzję dotyczącą rozpoczęcia budowy pierwszej od 20 lat nowej elektrowni jądrowej w UK. Projekt ogromnej inwestycji od początku miał wielu przeciwników. Kwestionowali oni, z jednej strony, ekonomiczną zasadność tego przedsięwzięcia, a z drugiej dowodzili, że udział w niej niedemokratycznego mocarstwa, to jest Chin, stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.

Koszt budowy nowej elektrowni jądrowej na cyplu Hinkley Point na południowym brzegu Kanału Bristolskiego w hrabstwie Somerset obliczono na 18 mld funtów. Inwestorem jest francuski koncern energetyczny EDF wspólnie z chińskim, państwowym koncernem CGN, który ma pokryć jedną trzecią kosztów budowy. Rząd zagwarantował inwestorowi zakup energii produkowanej przez Hinkley Point C przez 35 lat po cenie 92 i pół funta za jedną megawatogodzinę. Jest to grubo dwa razy więcej od obecnej rynkowej ceny energii elektrycznej w UK wynoszącej 40 funtów. Uzasadnieniem tej gwarancji ma być ryzyko, jakie ponosi prywatny inwestor podejmując takie kosztowne i długotrwałe w budowie przedsięwzięcie. Natomiast racją całej inwestycji ma być bezpieczeństwo energetyczne Wielkiej Brytanii. Projekt zakłada, że Hinkley Point ma dostarczać w 2025 r. 7% wytwarzanej w UK elektryczności.

"Biały słoń" w południowej Anglii

30 lipca miało dojść do sfinalizowania porozumienia z inwestorem, czyli danie zielonego światła do rozpoczęcia budowy. Zresztą prace przygotowawcze już się rozpoczęły; buldożery plantowały teren pod fundamenty. Jednakże Francuzi z EDF po przybyciu na miejsce do Somerset zostali zaskoczeni oświadczeniem brytyjskiego ministra energetyki Grega Clarka, że na razie nic z tego. Rząd potrzebuje czasu do ponownego przeanalizowania zasadności całego przedsięwzięcia.

Komentatorzy w ocenie tego kroku podnoszą dwie sprawy. Pierwsza to jego ekonomiczny aspekt. Ma to być najbardziej kosztowna siłownia jądrowa kiedykolwiek zbudowana. Wiadomo z historii takich unikatowych, to jest nie seryjnych, przedsięwzięć, że często koszty puchną daleko poza te zapisane na początku. Jest groźba, że inwestycja ta stanie się „białym słoniem”, to znaczy, że po pewnym czasie okaże się, że koszty przerosły wszelkie oczekiwania, a do zakończenia będzie jeszcze daleko. Wtedy będzie dylemat. Jeśli zaniechać, to będzie afera i szukanie winnych zmarnowanych miliardów. Ale jak tu kontynuować, skoro nie wiadomo, czy ten worek ma w ogóle jakieś dno? Tak właśnie było z kompleksem jądrowym w Sellafield w północnej Anglii, który miał zarabiać na przeróbce zużytego paliwa jądrowego.

Czy EDF udźwignie inwestycję?

Wprawdzie w przypadku Hinkley Point inwestorem jest nie brytyjskie państwo, ale francuski, państwowy holding EDF, ale brytyjski rząd udzielił mu gwarancji na kwotę 2 mld funtów. Pojawiły się wątpliwości, czy EDF będzie w stanie udźwignąć tak ogromną inwestycję. Są przesłanki do tego. We Francji projekt Hinkley Point jest równie kontrowersyjny, jak w UK. EDF jest na minusie, ma 37 mld euro długu netto i jest obawa, że ryzykowna inwestycja w południowej Anglii może firmę pociągnąć na dno. Takiego zdania jest Gerard Magnani, do niedawna dyrektor zarządu EDF, który ustąpił na krótko przed posiedzeniem 17 osobowego zarządu EDF. Na posiedzeniu przegłosowano przystąpienia do projektu, ale siedmiu członków było przeciw.

Innym ekonomicznym aspektem jest podana wyżej gwarancja nadzwyczaj wysokiej ceny - 92 funty za megawatogodzinę - za wytwarzaną w przyszłości energie. Istnieje uzasadniona obawa, że ceny energii w przyszłości raczej nie będą rosły, a więc brytyjscy podatnicy będą musieli przez 35 lat finansować przychody francuskiej firmy. Przy kalkulacji tej stawki kierowano się głównie względami geopolitycznymi, a nie ekonomicznymi. Podobno rząd chce renegocjować ową stawkę 92 funty za megawatogodzinę.

Simon Jenkins, komentator dziennika The Guardian Simon Jenkins nazwał tę stawkę horrendalną i napisał, że projekt Hinkley Point to oczywisty niewypał. Jest on wytworem niezdrowych dążeń do prestiżu, politycznej próżności oraz lobingu firm energetycznych i budowlanych. Obecnie próbuje się go bronić bezsensowymi argumentami o kosztach zaniechania, utraconych miejscach pracy, poniesionych już kosztach. Rząd powinien mieć odwagę głośną to powiedzieć i „zatopić” projekt.

Bać czy nie bać się Chińczyków?

Drugą kwestią jest udział Chin. Rząd na ten temat bezpośrednio się nie wypowiada ze względów dyplomatycznych, ale komentatorzy głośno się zastanawiają, czy nie jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Zjednoczonego Królestwa tak duży udział niedemokratycznego mocarstwa w tak wrażliwym sektorze jak energetyka jądrowa. Właśnie 11 sierpnia nadeszła wiadomość, że w Stanach Zjednoczonych został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa technologicznego chiński specjalista jądrowy, pracownik tej samej firmy, która ma mieć 33% udziału w Hinkley Point. W tym samym czasie rząd australijski zablokował udział chińskich firm w przetargu na przejęcie kontrolnego pakietu w największej sieci energetycznej Ausgrid. Powodem jest właśnie kwestia bezpieczeństwa narodowego.

Jak widać chińskie inwestycje przyprawiają o ból głowy nie tylko Brytyjczyków. Każdy kraj chce przyciągnąć obce inwestycje. Chińczycy dysponują największymi środkami, ale ich potęga wzbudza obawy. Wielka Brytania jest szczególnie zainteresowana napływem obcych kapitałów ze względu na wielki deficyt na rachunku bieżącym. Kraj ten dużo więcej kupuje niż sprzedaje, deficyt sięga 7% GDP i stąd ten kraj jest skazany na obce inwestycje bezpośrednie. Bez nich nie byłoby możliwe wyrównanie bilansu płatniczego. Chińczycy mają duży udział w zapychaniu tej dziury. Od 2005 r. zainwestowali w UK 29 miliardów funtów w różnorodne przedsięwzięcia – przemysł, nieruchomości, banki, kluby sportowe. Nie gardzą nawet jednoprocentowymi udziałami, ale sporo firm wykupili w całości. Zainwestowali na wyspach więcej niż w Niemczech, Francji i Włoszech razem wziętych.

Brexit jeszcze bardziej skomplikował sytuację UK. Po ewentualnej utracie dostępu do wspólnego rynku UE na obecnych warunkach azjatycki partner wydaje się oczywistą alternatywą, ale czy uzależnienie się od Pekinu jest lepszą alternatywą od uzależniania się do Brukseli? Theresa May ma nad czym się głowić.

 

Opracowanie: Marian Skwara, England.pl, 16.08.2016

 

 

 

 

Aktualności 

Orientacyjny kurs dla transakcji
powyżej 10 000 GBP

Do Polski5.2900 

Do W. Brytanii5.3290 

Negocjacje możliwe już
od 2000 GBP


Kontakt do Dealera