Przelewy do Polski 5.2600 0.19% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3990 0.19% 

Przelewy do Polski 5.2600 0.19% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3990 0.19% 

Upadek Kids Company, czyli lekcja z dobroczynności i oszczędzania

W ubiegłym tygodniu upadłość ogłosiła znana brytyjska organizacja charytatywna od blisko dwóch dekad zajmująca się pomocą dla dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Można zaryzykować stwierdzenie, że Kids Company, bo o niej mowa, była faworytką znanych i wpływowych; wśród jej darczyńców była min. J.K. Rowling, czyli autorka cyklu książek o Harrym Potterze, oraz zespół Coldplay, który sam tylko zasilił jej konto kwotą ponad 8 milionów funtów.

Także rząd brytyjski przychylnie spoglądał na jej działalność i w latach 2005 – 2015 wyasygnował dla niej z budżetu ponad 37 milionów. Tuż przed bankructwem, premier David Cameron, pomimo sprzeciwu swego zaplecza administracyjnego, przekazał także 3 milionową „dotację ostatniej szansy”. Jak więc mogło dojść do upadłości przy takim wsparciu? 

Dobry pomysł na start

Kids Company, pierwotnie funkcjonująca pod nazwą Keeping Kids Company, została założona w 1996 roku przez działaczkę Camilę Batmanghelidjh, z myślą o dzieciach żyjących w trudnych warunkach społecznych i pozbawionych właściwego wsparcia ze strony rodziny i bliskich, oraz dla tych, które z różnych względów nie potrafiły dotąd znaleźć dla siebie miejsca w społeczeństwie i szkole. Organizacja działała poprzez swe centra, które służyły młodym ludziom pomocą prawną, terapeutyczną i psychologiczną. Pomysł okazał się na tyle dobry, że fundacja bardzo szybko zaczęła się rozrastać, a co ważniejsze, pozyskiwać znaczne środki od osób prywatnych, firm, samorządów lokalnych, a także rządu. W drugiej dekadzie swej działalności odnotowała ponad 75% wzrost jeżeli chodzi o pozyskiwane środki. Pochodziły one głównie od prywatnych i biznesowych darczyńców, ale także wpływały na konto w postaci grantów od państwa. Jaki w związku z tym był zasięg jej pomocy? Według danych samej organizacji, początkowo było to kilkaset osób, ale od 2011 roku wpierała ona rocznie ponad 36 tysięcy dzieci i młodzieży. Mimo, że liczba ta została ostatnio zakwestionowana, pozostaje bezsporne, że współpracowała ona z tysiącami potrzebujących, głównie w Londynie i Brystolu, gdzie miała najwięcej swoich przedstawicielstw. Jej pomysłodawczyni w wywiadach powtarzała, że etos firmy opiera się na założeniu, że nikomu nie można odmówić pomocy. Idea ta znalazła przychylność wśród wielu osób, centra zdobyły olbrzymią popularność i na stałe wpisały się w krajobraz wielu dzielnic. Wydawałoby się więc, że Kids Company jest skazana na sukces.

Domek z kart

Jednak już od 2009 roku Komisja ds. Organizacji Charytatywnych (Charity Commission) alarmowała, że rezerwy finansowe spółki nie odzwierciedlają jej wielkości i gwałtownego wzrostu. Władze wydawały wszystkie środki, jakie obficie w owym czasie pozyskiwały, żyjąc z miesiąca na miesiąc i nie przewidując oszczędności na gorsze czasy. Zachłyśnięcie dobrą passą trwało nieprzerwanie, mimo ostrzeżeń płynących nie tylko z zewnątrz, ale również z samej organizacji. W ciągu ostatnich trzech lat z funkcji zrezygnowało kolejno dwóch dyrektorów finansowych, podając jako powód frustrację związaną z niepewną sytuacją firmy i brakiem działań ze strony zarządu, by problemowi zaradzić. Rozdźwięk między nimi a najwyższą kadrą menedżerską pogłębiał fakt, że zarobki tej ostatniej rosły nieprzerwanie, skacząc z poziomu 60 tys. funtów rocznie w 2009 do 100 tys. w 2013 roku. Ignorowano ostrzeżenia, w których kontrolerzy podkreślali, że tak dynamiczna rozbudowa struktur bez jednoczesnego gromadzenia zaplecza finansowego grozi katastrofą. Nadeszła ona ostatecznie na przełomie lipca i sierpnia, gdy policja podjęła śledztwo w sprawie domniemanych przypadków złego traktowania i wykorzystywania młodzieży przez etatowych pracowników organizacji. Na skutki pojawienia się w prasie takiej informacji nie trzeba było długo czekać,  wsparcie wycofało wielu znacznych sponsorów, w ślad za którymi poszedł również rząd. Po raz pierwszy odmówił on udzielenia organizacji pomocy, co przypieczętowało jej ostateczny los -  stała się niewypłacalna i w ubiegłym tygodniu ogłosiła bankructwo.

Szukanie winnego

Dla wielu młodych osób korzystających z pomocy Kids Company fakt ten był szokiem. Doszło do gwałtownych protestów przed centrami i wielu emocjonalnych wystąpień. Alan Yentob, szef zarządu spółki powiedział, że w ten sposób dziesiątki tysięcy dzieci zostawiono samym sobie, w „próżni bez opieki”. Gdy jednak pytano go jak on sam i jego współpracownicy dopuścili do tak fatalnego stanu rzeczy, odmówił komentarza. Camila Batmanghelidjh broniła się natomiast twierdzeniem, że etos organizacji jest najważniejszy i że dopóki jest gdzieś młodzież w potrzebie, dopóty trzeba korzystać ze wszystkich dostępnych środków, by ją wspomóc. Pojawiły się głosy, że szefostwo „charity” popadło w samouwielbienie, które zupełnie oderwało je od rzeczywistości, oraz, że było ono zbyt pewne, że pomoc finansowa od rządu nadejdzie każdorazowo, niezależnie od wszystkiego. Tym razem jednak stało się inaczej, kolejnego „koła ratunkowego” nie rzucono. Gabinet Davida Camerona zwołał natomiast nadzwyczajne spotkanie z udziałem pozostałych podmiotów działających w tym sektorze, by wypracować nowy sposób wsparcia „osieroconych” dzieci.

Ku przestrodze

Przypadek Kids Company wskazuje, że organizacje zajmujące się dobroczynnością, mimo innej metody finansowania, tak samo jak pozostałe instytucje na rynku są narażone na „złą prasę”, utratę reputacji i gorsze notowania. Co najważniejsze jednak, oprócz przyjętego systemu wartości moralnych muszą one przede wszystkim kierować się rachunkiem ekonomicznym.

 

Opracowanie: Małgorzata Solińska, England.pl, 14.08.2015

 

 

 

 

Aktualności 

Orientacyjny kurs dla transakcji
powyżej 10 000 GBP

Do Polski5.3200 

Do W. Brytanii5.3590 

Negocjacje możliwe już
od 2000 GBP


Kontakt do Dealera