Przelewy do Polski 5.2600 0.19% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3990 0.19% 

Przelewy do Polski 5.2600 0.19% 

Przelewy do Wielkiej Brytanii 5.3990 0.19% 

System bankowy w UK pod ostrzałem krytyki

Brytyjskie Banki w oderwaniu od rzeczywistości

Bank of England opublikował niedawno mapę brytyjskiego systemu finansowego, z której wynika, że jest on zbyt duży w stosunku do gospodarki, niezwykle mocno skoncentrowany i podatny na podejmowanie ryzykownych decyzji. Czy więc londyńskie City - wizytówka stolicy i finansowe centrum świata - jest kamieniem u szyi, który ciągnie brytyjską gospodarkę w dół?

Od przybytku głowa też boli...

Sygnały, że Wielka Brytania boryka się z tym właśnie problemem, pojawiają się już nie po raz pierwszy. W raporcie Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) stwierdzono, że największym bolączkom brytyjskiej ekonomii winny jest przerośnięty sektor finansowy. Po analizie danych z blisko 50 ostatnich lat eksperci ocenili, że im większy system bankowy, tym gospodarka wolniej się rozwija, a nierówności społeczne są wyraźniejsze. To właśnie według nich ma obecnie miejsce na Wyspach Brytyjskich. Podobną tezę postawił również niedawno Międzynarodowy Fundusz Walutowy (IMF). Jego przedstawiciele podkreślają, że jakkolwiek usługi finansowe są niezbędne do rozwoju ekonomicznego, to po przekroczeniu pewnego punktu ich nadmiar hamuje gospodarkę. Przeczy to obiegowej opinii, według której bardzo szeroka sieć banków i instytucji finansowych świadczy o wysokim poziomie rozwoju kraju. Okazuje się, że co za dużo, to niezdrowo, nawet jeśli chodzi o produkty z najwyższej półki, a Londyńskie City to niezaprzeczalnie najwyższa półka finansowego supermarketu.

Banki nie dla ludzi?

Krytyka wychodzi nie tylko z ust najważniejszych światowych organizacji. Gdy w 2009 r. Adair Turner, ówczesny szef Financial Services Authority (FSA) w Wielkiej Brytanii nazwał działalność brytyjskiego centrum finansów „społecznie bezużyteczną” trafił na podatny grunt. Słowa te, wypowiedziane tuż po Wielkim Kryzysie z 2008 r. z pewnością dobrze wyrażały nastroje nie tylko tych, którzy bezpośrednio w jego wyniku ucierpieli. Do dziś wiele osób nie może zrozumieć, jak upadek pewnego banku na końcu minionej dekady sprawił, że stracili pracę, firmę a nawet dom. Czy żyjemy zatem w epoce, w której „finanse finansują przede wszystkim finanse”, banki żyją w oderwaniu od rzeczywistości, a konsekwencje ponoszą jak zawsze zwykli ludzie?

Mania wielkości

Banki w UK to partnerstwo publiczno-prywatne, jednak szkopuł polega na tym, że, upraszczając, zyski trafiają do prywatnej  kieszeni, zaś straty w razie bankructwa ponosi strona publiczna. Dzieje się tak m.in. z powodu specyficznej dotacji, która zawsze jest dostępna w UK dla banków-molochów, którym grozi upadek. Wielka czwórka: Barclays, HSBC, Royal Bank of Scotland i Lloyds Banking Group mają status „zbyt dużych by upaść”, w związku z czym mogą w razie kłopotów liczyć na pomoc państwa. Na przykład w brzemiennym w skutki 2008 roku rząd Wielkiej Brytanii wydał na ratowanie Lloydsa i Royal Bank of Scotland ponad 65 miliardów funtów. Mimo że kwota ta budzi niedowierzanie, to jednak na pierwszy rzut oka zasada, że częściej taniej i bezpieczniej jest pomóc bankowi, niż pozwolić mu upaść odwołuje się przecież do naszego zdrowego rozsądku. Również troska o stabilność gospodarki jest uzasadniona. Co więc nam przeszkadza w tym obrazie?

Rysy na szkle

Chyba po pierwsze to, że to właśnie wolny rynek powinien zadecydować o tym, kto na nim przetrwa, a historia widziała już niejeden upadek ekonomicznych gigantów, po którym świat się nie zawalił. Dlaczego akurat największe brytyjskie banki miałyby być wyjątkiem? Po drugie, i co ważniejsze, świadomość, że ktoś inny, w tym przypadku rząd, a tak naprawdę podatnik zapłaci za ewentualne kłopoty banku, uwalnia od odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Jak bardzo demoralizująca dla osób na najwyższych szczeblach świata finansowego jest wiedza, że rząd nie może sobie pozwolić na ich upadłość? Zapewne bardzo. A im większy bank, tym większe przekonanie, że rząd nie pozwoli mu przecież zbankrutować. Stąd już tylko krok do ryzykownych decyzji i spokojnego oczekiwania na kolejny „zastrzyk kapitału” od państwa, w razie kłopotów. Po trzecie, taki system niewiele ma wspólnego z wolną konkurencją: nie dopuszcza mniejszych graczy, nie tworzy nowych możliwości i decyduje za klientów.

Jak długo na garnuszku państwa?

Minister finansów George Osborne wielokrotnie już straszył banki odejściem od zasady „zbyt duży by upaść”, jednak mimo to, jak dotąd wielka czwórka ma się całkiem dobrze. Czy dopiero kolejny kryzys, w wyniku którego podatnicy znowu dołożą się do ratowania banków, spowoduje, że rząd podejmie głębsze reformy? Nowa kadencja brytyjskiego parlamentu być może na te pytanie odpowie.

 

Opracowanie: Małgorzata Solińska, England.pl, 25.06.2015

 

 

 

 

Aktualności 

Orientacyjny kurs dla transakcji
powyżej 10 000 GBP

Do Polski5.3200 

Do W. Brytanii5.3590 

Negocjacje możliwe już
od 2000 GBP


Kontakt do Dealera